Wednesday, November 26, 2014

szary i brązowy

grey and brown

trochę nie pisałam, bo trochę robiłam. jeśli ktoś jest zainteresowany dalszymi losami brzydkiego szalika, oto i jest. od dzisiaj zwany rustykalnym. nadal nie schowałam końcowych nitek, więc nie noszę. na razie nabiera ważności pod Rózią. zamotałam go tylko rano na szyi, żeby sfotografować.

I didn't write a bit, because I knitted a bit. if anyone is interested in further fate of my ugly scarf, here it is, and now I call it r u s t i c; I haven't hidden the loose ends yet so I still don't wear it and it gains power under my cat. in the morning I wrapped it around my neck just to show you what it looks like, & tadaam:


listopad to miesiąc, gdy zapominam robić sobie makijaż przed pracą, bo nie ma co liczyć na naturalne światło o szóstej rano. od poniedziałku temperatura wyraźnie spadła, na wschodzie już podobno prószy śnieg, a u nas opadłe liście brązowieją i mokną. przerwa świąteczna za mniej niż miesiąc, a Amerykanie świętują już jutro. poniżej zostawiam piosenkę śpiewającej komety 67P, badanej przez satelitę o pięknej nazwie Rosetta. wszechświat wcale nie jest niemy. i brzmi jak obcy z filmu s-f.
 
November is a month when I forget to do my make-up before going to work, because there is no natural light around six am. since Monday the temperaturę has been much cooler, apparently it snowed in the east, but here the leaves go brown and wet. less than a month is left to the winter break. yay! tomorrow is the fourth Thursday of November so people in the USA celebrate Thanksgiving. below there's a link with an eerie song by the comet 67P. our Cosmos is not voiceless ... and sounds an awluf lot like some sci-fi alien. Happy Thanksgiving, stay safe and happy:)


Tuesday, November 11, 2014

brzydki szalik z pięknej włóczki

an ugly scarf made of a beautiful yarn

 

zdarza się. włóczka to piękna, szara Fine Lace Rowan w 80% baby suri alpaca, którą kupiłam kiedyś tam kiedyś i która czekała na ten szalik. a że ręce mam odwykłe, robię 35 oczek w kółko prawymi i nie zawsze dociągam tak samo, więc wychodzi mi brzydko. no i co? nie spruję. wiem, że wiele dziergaczek to perfekcjonistki, ale nie ja. będę miała brzydki szalik, nie macie pojęcia jak się cieszę.

mam nadzieję, że dzisiejsze Święto Niepodległości spędziliście wolni.

happens. the yarn is a gorgeous, grey Fine Lace Rowan, a blend of alpaca & merino wool. I knit the garter stitch and my hands are not so sure and skilful, so some of the stitches are too loose while others are to tight. as easy as pie but an unforgiving pattern. i know that many knitters are perfectionist, but i won't fix it and i'm going to have an ugly, grey scarf with inner beauty made by myself. I couldn't be happier.

Saturday, November 8, 2014

nicnierobienie

doing nothing


nie nadaję się do oglądania filmów w których jest pseudonauka udająca naukę, na której się znam. dlatego w piątek wieczorem nie podobała mi się Lucy, ale za to łyknęłam Grawitację. no proszę was, używamy 10% mózgu? z tym nie dalibyśmy rady wiązać sznurowadeł. ale samo oglądanie było przyjemnym procesem. siedziałam sobie na kanapie z miłym i nie gadaliśmy za wiele. to nowa umiejętność nabyta w ten weekend: nie przeszkadzać sobie w oglądaniu tv ^^. co poza tym? szarość mnie spowalnia. ale ja ogólnie nie jestem osobą, która lubi pośpiech. lubię też długo przygotowywane posiłki i budzenie się półtorej godziny przed wyjazdem do pracy. a propos pracy, ostatnio zaczęło mi się chyba wydawać, że jestem tam niezbędna, co samo w sobie jest zawsze myślą głupią, a co powoduje, że nawet na randce nie mogłam się odprężyć. w ten długi weekend postanawiam walczyć z takimi scenariuszami w mojej głowie. moja praca nie będzie gościć na moim blogu, z pewnością nie ta praca i nie tutaj. za to wolę wam pokazać chryzantemy, które od dzisiaj stoją w moim oknie.

movies with pseudoscience are not my cup of tea. that's why on friday evening I didn't like Lucy, and Gravity was almost ok to me (at least pseudoscience wasn't the main protagonist there). really, do we use only 10% of our brains? we wouldn't know how to tie our laces! but the whole process of watching was very pleasant. I was sitting on a couch with my significant other and we didn't talk too much. this is a completely new skill in our relationship: not to disturb each other during watching tv ^^. besides, greyness makes me move slower. but I'm not an "always in a hurry" person, so it's ok. I also like slow food and getting up one and a half hour before going to work. and speaking about my work, lately I started to think like I'm indispensable, which is of course very stupid of me :). and it made me feel stressed, even when I was on my date. this long weekend is a good moment to fight this type of scenarios in my mind. enough, my current job won't be discussed on this blog :), instead, I prefer to show you chrysantemums that I've had in my window since today :).

Sunday, November 2, 2014

sweet november

listopad :)

spacer to najtańszy sposób na smutki jaki dała nam natura. i jedna z możliwości docenienia pór roku. chciałam wam więc pokazać szybciutko kilka zdjęć z mojej dzisiejszej pieszej wędrówki zielonkowej - kolory blakną, ale nadal są niesamowite.

walking is the cheapest cure for sadness given us by mother nature. and one of the possibilites to enjoy the gifts of the season. so today I wanted to show you very quickly several pictures from my walk into the woods in search of yellow knights - the colors are fading but they're still exceptional.


listopad zaczął się naprawdę łaskawie. wczoraj w południe na niebie rozlazły się altocumulusy, a dzisiaj temperatura kręciła się ok. 14 °C. nie obchodziłam Halloween, w sobotę byłam przez ponad godzinę na mszy na cmentarzu, ale przyznam, że głównie przyglądałam się chmurom przez ciemne okulary mojej mamy i wygrzewałam się w słońcu. idea zadumy nad życiem i śmiercią w tylko jeden dzień roku nie przemawia do mnie za bardzo.

November started pretty gracefully. yesterday afternoon we had a lot of altocumulus clouds in the sky, and today the temperature was around 14°C (58°F). I haven't celebrated Halloween, only yesterday I went with my parents to the cemetry to light some candles and attend an outdoor Mass (we didn't care much about the latter, though). mostly I watched clouds through my mother's shades and basked in the sun. it's just the idea of pondering life and death in only one day of the year doesn't convince me at all.


kiedy nie chodzę, upajam się kolorami włóczek na allegro / when I don't walk, I exhilarate myself with all the colors of yarns on allegro.


i liczę na to, że pogoda jeszcze jakiś czas się utrzyma. dużo wewnętrznego ciepła na ten listopad wam życzę :) / I hope the weather holds up for a few more days. wish you all inner warmth in November.

Sunday, October 26, 2014

mam zimne ręce

I've got cold hands

... kiedy to piszę, ale ciepło w sercu. po pozytywnym rozpoczęciu minionego tygodnia sprawy się trochę ciągnęły, ale sobota i niedziela ponownie mnie nie zawiodły. w ogrodzie pojawił się dzisiaj czarny kot (mamy trzy, ale żadnego w tym kolorze). duch Halloween, tak chcę o nim myśleć. piękny duch. czekam na święto zmarłych, chociaż nie uzasadnia tego w tym roku wolny dzień w pracy, ani wizja spotkania z moim miłym. Te ma służbę, jak zwykle w takie dni, a ja zupełnie zwyczajnie lubię spędzać czas z moją rodziną i to wystarczy. nie ma w końcu sensu deliberować nad tym czego chwilowo nie da się zmienić, nawet jeśli ta chwila może trwać długo. zbieram dobre myśli i kamienie. ten na zdjęciu niżej wygrzebałam ostatnio podczas wybebeszania wakacyjnej torby. jest z plaży w Sougii. czas płynie nieubłaganie, a od wakacji zdarzyło się tyle nieprzewidzianych rzeczy. dobrych rzeczy, bo do złych mam pamięć wprost fatalną. drobny smutek wieczorny zakopuję pod stertami papierów na biurku


... when I'm writing this, but my heart is warm. after an optimistic beginning of the latest week things dragged on and on, but the weekend once again didn't fall short of my expectations. A black cat appeared in our garden today (we've got three cats, but none is of that color). The ghost of Halloween, that's how I think of it. I can hardly wait for All Saints' Day, althought there'll be no extra day off or a date with my Te. He's in the service, as usual during this kind of celebrations, but I simply love spending time with my family and that's enough for me. there's no point deliberating over something we both can't change right now. I collect good thoughts and stones. the one in the picture below was fished out from a bag I had on my vacation. it's from the beach of Sougia, Crete. time flies and so many unpredicted things have happened since August. unpredicted and good, I've got a bad memory for other stuff. and a small evening sadness I bury under a pile of papers on my desk

kolekcjonując drobne przyjemności muszę wam pokazać mój dzisiejszy obiad, który w zasadzie był wynikiem sklerozy, a nie niecnych intencji. fast food. nawet budyń śmietankowy był w proszku ... pyszny! ... ach, i oprócz kota znalazłam w ogrodzie ostatnie czerwone jabłuszko. pewnie rano pokryło się szronem. poranki chłodniejsze od moich rąk. do tego dzisiaj przestawiliśmy czas na zimowy. jest blisko, coraz bliżej ...
 

while collecting small pleasures I have to show you my sunday dinner. it wasn't intentional, someone forgot to buy ingredients so we had a fast food dinner... and it was yummy! ... apart from the cat, I found in my garden the last small red apple. I think at night it frosted up a bit. mornings are colder than my hands. and today we turned our clocks backward. winter time, sure it's coming ...

Friday, October 17, 2014

wtorek

Tuesday


Moja ostatnia wycieczka nie była ani daleka ani długa. We wtorek wybraliśmy się z kolegami na zachód Dolnego Śląska, a naszym pierwszym przystankiem był Zamek Grodziec, późnogotycka warownia wybudowana na bazaltowym wzgórzu. Pogoda była wspaniała, deszczowa, mglista i ciepła, idealna na pieszą wędrówkę.

My last trip was neither long nor far away. On Tuesday we went with my coworkers to the west of our beautiful Lower Silesia. The first stop was at Grodziec Castle, a late-Gothic stronghold built on a basalt hill. The weather was fantastic, rainy, foggy and warm, perfect for such a walk.


Po zejściu z wygasłego wulkanu pojechaliśmy do Bolesławca, tam odwiedziliśmy trzy miejsca: Manufakturę na ulicy Gdańskiej, dział ceramiki Muzeum Ceramiki i piwnicę Paryską. To co podobało mi się w Manufakturze, to fakt, że pracownicy naprawdę używali tam własnych kubków w te niebieskie ciapki. Poza tym kupiłam sobie cztery gadżety, dwa magnesy na lodówkę, breloczek i piękny koralik, jedyny, który z jakichś powodów miał celtycki wzór. W paryskiej podobał się nam natomiast arabsko wyglądający kelner, nam tzn. mnie i Gosi.


After coming down from an extinct volcano we went to Bolesławiec & visited three places there: Manufaktura in Gdańska St., Museum of Ceramics and Paris Basement (a very nice restaurant in Komuny Paryskiej St.). What I loved about Manufatura was that workers really used their own products there. And I bought four items: two fridge magnets (I've been collecting them for last four years), a keychain and one bead that for some reason had a cobalt celtic pattern. In Paris Basement we enjoyed watching a waiter with Arab-like features. By "we" I mean me and Gosia.


Kiedy wróciłam do domu, zastałam w nim paczkę z pięknym nietkniętym stemplem do scrapbookingu.
Pełnia zadowolenia. Stempel został zrobiony w nieistniejącej już firmie Stamps Happen w Fullerton, USA.

When I came back home there was a parcel waiting for me with an unused rubber craft stamp. Utter bliss :). It was made in Stamps Happen, Fullerton, CA. As far as I know they are no longer in business.


To był mój wtorek. Od tego czasu miałam dwa super spotkania i dwie kawy. No i jeszcze pogoda się psuje, zbliżają się robótkowe wieczory :), czy to nie wspaniale?

It was my Tuesday. Since then I had two great meetings and two good coffees. And the weather's deteriorating ... days of knitting/drawing/reading are coming, isnt' it great?

Monday, October 6, 2014

pourodzinowo i dzika róża

after birthday & rose hips

 
jakby nie było, jednak się skończyło. weekend był dość zajęty, więc nie miałam czasu roztrząsać swojego procesu starzenia :). już pod koniec września mój Te sygnalizował mi stany depresyjne, a gdzie listopad, gdzie brak słońca chroniczny? to nie jest temat z którego można się podśmiewywać, w związku z tym zmiana tematu.

whatever happened, it's gone now. the weekend was quite busy, so I had no time to think about my private process of getting older :). late September my Te told me he had signs of depression, and we have so many days left to our sunless November that he worries me. this is not sth you can laught at, change of the subject, then.

pierwsze jesienne zakupy? dwie pary mitenek (nadal nie wiem jak je samodzielnie wydziergać), stempel do scrapbookingu w kształcie kota i szkicownik A6. mam nadzieję, że to nowe miejsce zamieni się wkrótce w pole walki z włóczką, rysunkami, herbatami, poglądami i żarciem. I pewnie w powietrzu będzie latało kocie futro. na razie jedynie owoce dzikiej róży, bo jesień rozpanoszyła mi się w ogrodzie. muszę ochłonąć po dziwnej rozmowie pachnącej ptsd. tak, to będzie też miejsce, w którym czasem zastanowię się jak pozostać przy zdrowych zmysłach. do później.

my first autumn shopping? two pairs of mittens (because I still don't know how to make them, silly me), a cat stamp and an a6 sketchbook. I hope this new place soon gonna be full of yarns, drawings, teas, opinions & food. and, I'm pretty sure, cats' fur in the air. at the moment I'm leaving you with some rose hips, because autumn has taken over my garden ... need to cool off after a strange conversation filled with PTSD on the part of my interlocutor. yep, sometimes I'm going to wonder here how to stay sane. until later, my friends ...