Sunday, October 26, 2014

mam zimne ręce

I've got cold hands

... kiedy to piszę, ale ciepło w sercu. po pozytywnym rozpoczęciu minionego tygodnia sprawy się trochę ciągnęły, ale sobota i niedziela ponownie mnie nie zawiodły. w ogrodzie pojawił się dzisiaj czarny kot (mamy trzy, ale żadnego w tym kolorze). duch Halloween, tak chcę o nim myśleć. piękny duch. czekam na święto zmarłych, chociaż nie uzasadnia tego w tym roku wolny dzień w pracy, ani wizja spotkania z moim miłym. Te ma służbę, jak zwykle w takie dni, a ja zupełnie zwyczajnie lubię spędzać czas z moją rodziną i to wystarczy. nie ma w końcu sensu deliberować nad tym czego chwilowo nie da się zmienić, nawet jeśli ta chwila może trwać długo. zbieram dobre myśli i kamienie. ten na zdjęciu niżej wygrzebałam ostatnio podczas wybebeszania wakacyjnej torby. jest z plaży w Sougii. czas płynie nieubłaganie, a od wakacji zdarzyło się tyle nieprzewidzianych rzeczy. dobrych rzeczy, bo do złych mam pamięć wprost fatalną. drobny smutek wieczorny zakopuję pod stertami papierów na biurku


... when I'm writing this, but my heart is warm. after an optimistic beginning of the latest week things dragged on and on, but the weekend once again didn't fall short of my expectations. A black cat appeared in our garden today (we've got three cats, but none is of that color). The ghost of Halloween, that's how I think of it. I can hardly wait for All Saints' Day, althought there'll be no extra day off or a date with my Te. He's in the service, as usual during this kind of celebrations, but I simply love spending time with my family and that's enough for me. there's no point deliberating over something we both can't change right now. I collect good thoughts and stones. the one in the picture below was fished out from a bag I had on my vacation. it's from the beach of Sougia, Crete. time flies and so many unpredicted things have happened since August. unpredicted and good, I've got a bad memory for other stuff. and a small evening sadness I bury under a pile of papers on my desk

kolekcjonując drobne przyjemności muszę wam pokazać mój dzisiejszy obiad, który w zasadzie był wynikiem sklerozy, a nie niecnych intencji. fast food. nawet budyń śmietankowy był w proszku ... pyszny! ... ach, i oprócz kota znalazłam w ogrodzie ostatnie czerwone jabłuszko. pewnie rano pokryło się szronem. poranki chłodniejsze od moich rąk. do tego dzisiaj przestawiliśmy czas na zimowy. jest blisko, coraz bliżej ...
 

while collecting small pleasures I have to show you my sunday dinner. it wasn't intentional, someone forgot to buy ingredients so we had a fast food dinner... and it was yummy! ... apart from the cat, I found in my garden the last small red apple. I think at night it frosted up a bit. mornings are colder than my hands. and today we turned our clocks backward. winter time, sure it's coming ...

Friday, October 17, 2014

wtorek

Tuesday


Moja ostatnia wycieczka nie była ani daleka ani długa. We wtorek wybraliśmy się z kolegami na zachód Dolnego Śląska, a naszym pierwszym przystankiem był Zamek Grodziec, późnogotycka warownia wybudowana na bazaltowym wzgórzu. Pogoda była wspaniała, deszczowa, mglista i ciepła, idealna na pieszą wędrówkę.

My last trip was neither long nor far away. On Tuesday we went with my coworkers to the west of our beautiful Lower Silesia. The first stop was at Grodziec Castle, a late-Gothic stronghold built on a basalt hill. The weather was fantastic, rainy, foggy and warm, perfect for such a walk.


Po zejściu z wygasłego wulkanu pojechaliśmy do Bolesławca, tam odwiedziliśmy trzy miejsca: Manufakturę na ulicy Gdańskiej, dział ceramiki Muzeum Ceramiki i piwnicę Paryską. To co podobało mi się w Manufakturze, to fakt, że pracownicy naprawdę używali tam własnych kubków w te niebieskie ciapki. Poza tym kupiłam sobie cztery gadżety, dwa magnesy na lodówkę, breloczek i piękny koralik, jedyny, który z jakichś powodów miał celtycki wzór. W paryskiej podobał się nam natomiast arabsko wyglądający kelner, nam tzn. mnie i Gosi.


After coming down from an extinct volcano we went to Bolesławiec & visited three places there: Manufaktura in Gdańska St., Museum of Ceramics and Paris Basement (a very nice restaurant in Komuny Paryskiej St.). What I loved about Manufatura was that workers really used their own products there. And I bought four items: two fridge magnets (I've been collecting them for last four years), a keychain and one bead that for some reason had a cobalt celtic pattern. In Paris Basement we enjoyed watching a waiter with Arab-like features. By "we" I mean me and Gosia.


Kiedy wróciłam do domu, zastałam w nim paczkę z pięknym nietkniętym stemplem do scrapbookingu.
Pełnia zadowolenia. Stempel został zrobiony w nieistniejącej już firmie Stamps Happen w Fullerton, USA.

When I came back home there was a parcel waiting for me with an unused rubber craft stamp. Utter bliss :). It was made in Stamps Happen, Fullerton, CA. As far as I know they are no longer in business.


To był mój wtorek. Od tego czasu miałam dwa super spotkania i dwie kawy. No i jeszcze pogoda się psuje, zbliżają się robótkowe wieczory :), czy to nie wspaniale?

It was my Tuesday. Since then I had two great meetings and two good coffees. And the weather's deteriorating ... days of knitting/drawing/reading are coming, isnt' it great?

Monday, October 6, 2014

pourodzinowo i dzika róża

after birthday & rose hips

 
jakby nie było, jednak się skończyło. weekend był dość zajęty, więc nie miałam czasu roztrząsać swojego procesu starzenia :). już pod koniec września mój Te sygnalizował mi stany depresyjne, a gdzie listopad, gdzie brak słońca chroniczny? to nie jest temat z którego można się podśmiewywać, w związku z tym zmiana tematu.

whatever happened, it's gone now. the weekend was quite busy, so I had no time to think about my private process of getting older :). late September my Te told me he had signs of depression, and we have so many days left to our sunless November that he worries me. this is not sth you can laught at, change of the subject, then.

pierwsze jesienne zakupy? dwie pary mitenek (nadal nie wiem jak je samodzielnie wydziergać), stempel do scrapbookingu w kształcie kota i szkicownik A6. mam nadzieję, że to nowe miejsce zamieni się wkrótce w pole walki z włóczką, rysunkami, herbatami, poglądami i żarciem. I pewnie w powietrzu będzie latało kocie futro. na razie jedynie owoce dzikiej róży, bo jesień rozpanoszyła mi się w ogrodzie. muszę ochłonąć po dziwnej rozmowie pachnącej ptsd. tak, to będzie też miejsce, w którym czasem zastanowię się jak pozostać przy zdrowych zmysłach. do później.

my first autumn shopping? two pairs of mittens (because I still don't know how to make them, silly me), a cat stamp and an a6 sketchbook. I hope this new place soon gonna be full of yarns, drawings, teas, opinions & food. and, I'm pretty sure, cats' fur in the air. at the moment I'm leaving you with some rose hips, because autumn has taken over my garden ... need to cool off after a strange conversation filled with PTSD on the part of my interlocutor. yep, sometimes I'm going to wonder here how to stay sane. until later, my friends ...