Showing posts with label here&there. Show all posts
Showing posts with label here&there. Show all posts

Thursday, October 29, 2015

jesień w górach

fall in the mountains



ostatni piątek i sobotę spędziłam rzut beretem od Kowar. byłam jeszcze w sztolni (o tem potem), na razie kilka zdjęć z sobotniego spaceru fragmentem czarnego szlaku.

last friday & sunday i spent near Kowary. i was also in the uranium mine (i'll tell you later), but for now I'll leave you with several snaps from my black trail walk.

Friday, June 5, 2015

wtorek i środa w Karkonoszach

tuesday and wednesday in Giant Mountains


we wtorek Śnieżka była spowita mniejszą/większą szarością. pierwszy raz zdobyłam ją jeszcze w szkole podstawowej. na jej szczycie jest budynek, który wygląda jak statek UFO, a powietrze na górze pachnie goframi.

on tuesday Śnieżka was hidden in clouds. I climbed it for the first time in my life in primary school, many years ago. on the top you can see a disc-shape observatory that looks like an alien spacecraft and there's a scent of warm waffles in the air.


po zejściu z góry wybraliśmy się niebieskim szlakiem do kotła Małego Stawu. Samotnia to piękne schronisko, ale spędziliśmy tam tym razem tylko pół godziny. im bardziej schodziliśmy w dół, tym lepsza była pogoda. spacerując przeszliśmy nad Łomnicą.

after descending the summit we continued to follow the blue trail to Small Pond Kettle. in the second pic you can see "Samotnia", one of the most beautiful, wooden mountain hostels in Poland. we spent there only like half an hour. the weather became better and better. hiking we went over the Łomnica River. 


... szlak zaprowadził nas do świątyni Wang i tam zakończyliśmy nasze wtorkowe spacery, a ja w spokojnym miejscu w Sosnówce zajęłam się leczeniem pęcherza na paluchu.

... the trail led us to Vang, a stave church brought from Norway to Karpacz by Friedrich Wilhelm of Prussia. here we finished our tuesday hiking and I could treat a heat blister on my toe staying for the night in a cozy place in Sosnówka.


następnego dnia zaczęliśmy marszrutę od spaceru do kaplicy św. Anny na zachodnim stoku Grabowca. pod kaplicą jest źródło radoczynnej wody mineralnej, której można się napić z kranu przy budynku. podobno nabierając jej w usta i biegnąc 7 razy wokół kaplicy można zapewnić sobie spełnienie każdego miłosnego marzenia :).

next day we started out hiking from a short walk to St. Anne’s Chapel on the western slope of Grabowiec. under the building there's a source with radon mineral water that you can drink from a tap placed outside the chapel. it is said that if you manage to run around the chapel seven times with a mouthfull of this water, not spilling it and not choking, your romantic wish will come true :).


po spacerze przejechaliśmy autokarem do leśnej huty w Szklarskiej Porębie, gdzie panowie kontynuują średniowieczną tradycję produkcji szkła. byłam tam już w zeszłym roku, ale z łatwością zostałam ponownie oczarowana kolorowymi szkiełkami.

after the walk we went by coach to Forest Glassworks, a place in Szklarska Poręba (literally it means "glass clearing"), where glaziers are continuing the medieval tradition of producing hand-blown glass. I was there a year ago, but still it was fun to watch them working.



w drodze z huty do Szklarki towarzyszyły nam chmury soczewkowate, zresztą przez cały dzień niebo było dość niezwykłe ...

on the road from glassworks to Szklarki Waterfall we've seen lenticular clouds above our heads ...


przedostatni przystanek uczciłam oscypkiem na ciepło z borówką, nad Kamienną. uwielbiam to połączenie słonego ze słodkim.

last but one stop I celebrated with grilled "oscypek" (salted smoked sheep milk cheese) with whortleberries, eaten on a bridge over the Kamienna River. I love this combination of salty and sweet taste.


chodzenie po górach jest jak życie, trochę starego, trochę nowego, pozdrawianie nieznajomych na szlaku, pragnienie. na końcu wyciągnęłam wodę, która w tym słońcu smakowała jak ambrozja i zjadłam kanapkę z jajkiem patrząc na panoramę gór, które zostawiłam za sobą. tak.

hiking is like life, a bit of sth old, a bit of sth new, saying hello to some people you're passing by, thirst. at the end I pulled out a bottle of water that in a scorching sun tasted like ambrosia and ate a sliced egg sandwich while looking at the panorama of mountains I left behind. yeah.

Friday, October 17, 2014

wtorek

Tuesday


Moja ostatnia wycieczka nie była ani daleka ani długa. We wtorek wybraliśmy się z kolegami na zachód Dolnego Śląska, a naszym pierwszym przystankiem był Zamek Grodziec, późnogotycka warownia wybudowana na bazaltowym wzgórzu. Pogoda była wspaniała, deszczowa, mglista i ciepła, idealna na pieszą wędrówkę.

My last trip was neither long nor far away. On Tuesday we went with my coworkers to the west of our beautiful Lower Silesia. The first stop was at Grodziec Castle, a late-Gothic stronghold built on a basalt hill. The weather was fantastic, rainy, foggy and warm, perfect for such a walk.


Po zejściu z wygasłego wulkanu pojechaliśmy do Bolesławca, tam odwiedziliśmy trzy miejsca: Manufakturę na ulicy Gdańskiej, dział ceramiki Muzeum Ceramiki i piwnicę Paryską. To co podobało mi się w Manufakturze, to fakt, że pracownicy naprawdę używali tam własnych kubków w te niebieskie ciapki. Poza tym kupiłam sobie cztery gadżety, dwa magnesy na lodówkę, breloczek i piękny koralik, jedyny, który z jakichś powodów miał celtycki wzór. W paryskiej podobał się nam natomiast arabsko wyglądający kelner, nam tzn. mnie i Gosi.


After coming down from an extinct volcano we went to Bolesławiec & visited three places there: Manufaktura in Gdańska St., Museum of Ceramics and Paris Basement (a very nice restaurant in Komuny Paryskiej St.). What I loved about Manufatura was that workers really used their own products there. And I bought four items: two fridge magnets (I've been collecting them for last four years), a keychain and one bead that for some reason had a cobalt celtic pattern. In Paris Basement we enjoyed watching a waiter with Arab-like features. By "we" I mean me and Gosia.


Kiedy wróciłam do domu, zastałam w nim paczkę z pięknym nietkniętym stemplem do scrapbookingu.
Pełnia zadowolenia. Stempel został zrobiony w nieistniejącej już firmie Stamps Happen w Fullerton, USA.

When I came back home there was a parcel waiting for me with an unused rubber craft stamp. Utter bliss :). It was made in Stamps Happen, Fullerton, CA. As far as I know they are no longer in business.


To był mój wtorek. Od tego czasu miałam dwa super spotkania i dwie kawy. No i jeszcze pogoda się psuje, zbliżają się robótkowe wieczory :), czy to nie wspaniale?

It was my Tuesday. Since then I had two great meetings and two good coffees. And the weather's deteriorating ... days of knitting/drawing/reading are coming, isnt' it great?